O nas

Walka z „czerwonym kurem” w dawnej Polsce.

Polska od zawsze drewnem stała. Jeszcze w połowie XIX wieku niemal cała zabudowa naszych małych miasteczek i wsi była drewniana. A w wiekach średnich z potężnych dębowych, modrzewiowych i sosnowych bali budowano niemal wszystko: monarsze siedziby, rycerskie gródki i dworzyszcza, kościoły, ratusze, warowne umocnienia naszych miast, domy „sławetnych” i kmiece zagrody. Dlatego też dla ludzi tamtych czasów jedną z najgroźniejszych plag stanowiły pożary.

Szczególnie w miastach, w których na niewielkiej przestrzeni skupionych było wiele drewnianych, krytych najczęściej słomą, rzadziej dranicami lub gontami domów mieszkalnych i budynków gospodarczych.

Ale i w większych miastach o przewadze zabudowy murowanej, takich jak Bochnia czy Tarnów, ogień stanowił spore zagrożenie, jako że ich pokrycia dachów domów były z materiałów łatwopalnych. Dlatego nawet murowany niemal od chwili powstania w 1330 roku Tarnów do końca XVIII wieku nawiedziło aż czternaście wielkich pożarów niszczących za każdym razem dużą część zabudowy.

Do rzadkości należały pożary wywołane przyczynami naturalnymi, na przykład uderzeniem pioruna. Niemal wszystkie wybuchały za sprawą ludzi; skutkiem nieostrożnego obchodzenia się z ogniem i niedbalstwa, ale też nieprzestrzegania przez właścicieli domów obowiązujących wówczas przepisów pożarowych.

Częste były także pożary powodowane przez najeźdźców i przez rodzimych podpalaczy. Dlatego już w wieku XIV władze miast królewskich i właściciele prywatnych wydawali przepisy przeciwpożarowe i budowlane, mające zmniejszać groźbę powstawania pożarów i określające zasady walki z ogniem.

Na naszym terenie najstarsze znane nam przepisy przeciwpożarowe opracował dla Tarnowa w latach 1554 – 1560 sam Jan Tarnowski, hetman wielki koronny, który był jego właścicielem. Było ich pięć. Zawierały między innymi rady i przestrogi przeznaczone dla rajców miejskich i cechów. Wszystkie one zapisane zostały na jego polecenie w zachowanej do dziś księdze miejskiej zatytułowanej „Acta obligationum” z lat 1551- 1562.

Jeden z owych przepisów wpisany został w 1558 roku jako „Nauka a porządek około gaszenia ognia, gdyby, Panie Boże uchowaj, na jakąśkolwiek przygodę w mieście mojem zapaliło, a zwłaszcza w mieściech zapartych aby mieszczanie sposób przedsięwzieli a mocnie to chowali a nigdy z tego nie wykraczali, ani tego porządku w niczem nie odstępowali pod karaniem, a winami, które się przy tym opisały, a zwłaszcza w Tarnowie, którym tę naukę posyłam”

Już nader rozwlekły tytuł owego przepisu wskazuje na to, że jest to bardzo szczegółowa instrukcja, obejmująca sprawy związane z zapobieganiem pożarom, organizacji obrony ogniowej i sposobu prowadzenia akcji ratowniczej. Nie ulega wątpliwości, iż ową instrukcję wzorował Tarnowski na istniejących już od dawna w innych miastach przepisach czerpiąc także z doświadczeń ludzi obeznanych z walką z ogniem. A uczynił to tak kompetentnie, że obowiązywała jeszcze w końcu XVIII wieku.

Jak we wszystkich miastach polskich tak i w Tarnowie obowiązek walki z ogniem podczas pożarów w mieście spoczywał na jego mieszkańcach; przede wszystkim na członkach bractw cechowych. Egzekwowanie zaś przepisów i wydawanie zarządzeń odnoszących się do bezpieczeństwa pożarowego oraz organizowanie akcji gaśniczej i kierowanie nią należało do kompetencji miejskiej rady i jej burmistrza.

Tak też to widział Tarnowski polecając: „Naprzód tak we dnie jak i w nocy, a owszem więcej w nocy, gdy ludzie śpią, aby była pilna straż na ratuszu, skąd by wiedzieć, Boże zachowaj, gdyby ogień wyszedł, aby wnet stróż oznajmił, obwołał ogień, aby ludzie ku ogniu bieżali, a opowiedzieć i obwołać gdzie by gorzało. Każdy pod gardłem tak we dnie, jako i w nocy ku ogniu bieżali”.

Dalej Tarnowski ustalał zarówno porządek jak i sposób prowadzenia akcji gaśniczej, rozdzielając pomiędzy cechy poszczególne części miasta i najważniejsze obiekty, zobowiązując je do ich ochrony i ratowania w razie pożaru.

I tak na przykład, zabudowa przyrynkowa i ratusz oddane zostały pod opiekę sukiennikom, szynkarzom i rzeźnikom, część zachodnia miasta wraz z kościołem parafialnym-cechowi kowali, Brama Krakowska – krawców, a Pilzneńska-szewców. W każdej części miasta akcją gaśniczą kierował wyznaczony przez burmistrza komisarz, który miał rozdzielać gaszącym zadania: „Jedni mają bronić na domiech, drudzy mają im dodawać wody, inni, aby bronili wynoszonego z domów dobytku przed złodziejami.”

Trzeba wiedzieć, iż przepisy czy też zalecenia opracowane przez hetmana Jana Tarnowskiego były dość powszechnie znane i stosowane w miastach ówczesnej Rzeczypospolitej, nawet zalecane przez reformatorów polskiej gospodarki. Przykładem tego są wskazania Anzelma Gostomskiego jakie zamieścił w książce zatytułowanej „Gospodarstwo”, wydanej w Krakowie w 1588 roku:

„Do gaszenia ognia mają być naznaczeni w każdym domu czego kto przy ogniu ma pilnować. Naprzód kilkanaście (mniej i więcej wedle miasta osiadłości) mężów sprawnych, bacznych, co by rozkazowali i rządzili przy ogniu, potem miasto rozdzielić wedle liczby ludzi: Jedni aby bieżeli z siekierami, drudzy z hakami, trzeci z drabinami, drudzy sikawkami, z wiadry z cebry.

A kędy rury nie masz, woziwodowie wszyscy: jeśli tego mało z pewnych domów kłody; z wozy i pewną liczbą każdego naczynia obrachować i postanowić. A gdy trwoga ustanie, opatrzyć kto się stawił, kto nie stawił, kto pierwej, i z którym naczyniem: za to wedle miejskich dochodów merita ostanowić; kto pośleź „ostatni”, tego karać; kto by nie był, jeszcze większa kaźń. Bo choćby doma sam nie był, jako w mieście ludzie kupieccy tedy ma doma już taki statki, jako sługę dla takiej trwogi odjeżdżać:co by w tem winien nie zastał.

Mają też być naznaczeni kiedy gore, którzy by złodziejstwa pilnowani, bo w ten czas kradną pospolicie złodzieje najbardziej. I tak źli ludzie najdują się, co dla kradzieży zapalają. Ci, kiedy wiedzą o rządzie i o dobrej sprawie, łacniej się o złe skuszą. Urząd kędy gospodarza nad zakazanie nieopatrznego około ognia i występnego baczy, lepiej go karać przed przygoda niż po przygodzie.

Warto zwrócić uwagę na jedno z ostatnich stwierdzeń Gostomskiego: ” I tak źli ludzie najdują się, co dla kradzieży zapalają”. Odnosi się ono do częstych w tamtych czasach, a zdarzających się przecież i dzisiaj, umyślnych podpaleń, w wyniku których z dymem szła cała miejska zabudowa.

Najczęstszymi ich przyczynami była chęć zemsty i stworzenia okazji do kradzieży, czy chęć zatarcia śladów dokonanego przestępstwa. Sprawcy ich byli wówczas karani z całą surowością ówczesnego prawa, a kary były wyjątkowo okrutne. Zdarzało się, że wobec złapanego podpalacza stosowano samosąd i z miejsca związanego wrzucano w ogień. Sądy postępowały z podpalaczami bardziej humanitarnie, bo dopiero po śledztwie i procesie skazywały ich na spalenie na stosie.

Znana jest z kronik Warty historia biednej służącej, Teresy skrzywdzonej przez swoich pracodawców, która zeznała przed sądem: „Przyszłam w sobotę czternastego dnia stycznia (…) tylko mi pół garczka dała. Sam żur. Chciałam się ugrzać przed piecem, oni mnie wypchnęli. Poszłam do budy zapłakawszy. Nazajutrz, w niedzielę cały dzień nie jadłam siedząc w budzie. Aż mnie los podpowiedział: idź a zapal to będą ludzie bronić a ty dostaniesz i będziesz miała pożywienie”.

I tak zgłodniała i zmarznięta podpaliła zabudowania. Pożar został szczęśliwie ugaszony. Ona zaś po trzykrotnych torturach, na których zeznała: „Iżem to z ciężkiego głodu uczyniła” została skazana na śmierć. Na jej szczęście sąd wziął pod uwagę pewne okoliczności łagodzące, gdyż skazał ją nie na spalenie, ale na ścięcie mieczem.

Lęk przed pożarem w tamtych czasach był tak wielki, że nawet rzucona nieopatrznie groźba podpalenia znajdowała epilog przed sądem. Doświadczył tego w roku 1777 jeden mieszczanin brzeski, który w zdenerwowaniu wypowiedział słowa, mogące nasunąć przypuszczenie, że podpali swoje, czy cudze zabudowania. Osadzony za to w miejskim areszcie musiał złożyć uroczystą przysięgę:

„Że tego czynić nie będę ani pomyślę, bym miał ze złości palić czy swoje lub ludzką własność (…) A jeżeli bym miał pomyśleć, każ mnie, Panie Boże Wszechmogący w Trójcy św. Jedyny, na ciele i duszy także aby mi ręka moja, którą bym co złego czynił, usychała, aż uschła i ziemia święta, z której jestem stworzony, aby mnie na sobie nie nosiła, ale pożarła i abym był od niej nie przyjęty”.

Zdarzały się też pożary wywołane przez osoby psychicznie chore. Doświadczył takiego Wojnicz w roku 1895, podczas którego płonęło wiele domów w obrębie miejskiego wału. Powstał on za sprawą pewnej wojniczanki, która popadłszy w obłęd po śmierci męża, chodziła nocami po ulicach miasteczka owinięta w białe prześcieradło.

Aż pewnej nocy podłożyła ogień pod któreś z zabudowań. A że zerwał się przy tym huragan, poszło z dymem dwie trzecie chałup dawnej kasztelanii. „Najbardziej ucirpieli szewcy-pisał o tym wydarzeniu Janusz Krasiński w reportażu pt.: „Święty Kryspin oddycha azotem” z tomu „Przerwany rejs <<białej marianny=””>>” z 1960 roku – zapewne dlatego, że najliczniejsi. Po tem stolarze, krawcy, rzeźnicy(…). Zajęły się również futra kuśnierzowi, spłonął kołodziej i dwaj koszykarze. Nie tknęło jedynie żadnej kuźni, bo jak wiadomo-kowal z ogniem zawsze w zmowie”.

Niemal sto lat po ukazaniu się „Gospodarstwa” Anzelma Gostomskiego w wydanej w 1675 roku w Krakowie książce „Ekonomika ziemiańska generalna” Jakub Haur pisał, iż za jego czasów „W razie ognia na gwałt i trwogę trąbią lub we dzwon biją, lud zewsząd się zbiega i mie- sza, jedni do ratunku, drudzy do rabunku, niektórzy też na dziwowiska”.

I zaraz potem radził : „Więc należy aby urząd był na ratuszu, w miejscu publicznem, przytomny oraz warty, cechy, gromady ludzi, aby jedna warta połać albo ulicę otoczyła, aby ludzi luźnych hamowano i nie puszczano, a tylko pewnych z wodą, osękami, siekierami, wąworkami (kubełkami skórzanymi) do ratunku puszczano. Cieśle ze swoimi siekierkami wszyscy mają ochotnie pokazywać się.

Kufy, albo beczki na saniach, albo wozach, mają być zawsze w pogotowiu wody pełne w rynku na czterech rogach przy studniach, a ktokolwiek wprzód na miejsce, gdzie jest ogień, wodę przywiezie, ma mu pewna z urzędu dana być kontentacja z grzywien płaconych za karę, u kogo by się z komina ogień pokazywał i o kto o kominiarzu nie pamiętał. W miastach i miasteczkach i porządnych wsiach, mają być sikawki od tokarzów, od miechowników wąworki skórzane, od kowalów osęki okowane, od bednarzów naczynia na wodę, od cieślów siekiery.

Pewna tedy część ludzi ma być tedy wydzielona, jedni z siekierami dla wyrębowania, drudzy z osękami do rozrywania ognia, trzeci z naczyniami i z sikawkami, do noszenia wody i zalewania, czwarci do wynoszenia rzeczy, mają też być tacy, który by na ten czas szkody strzegli, a tak przy tak owym porządku i ostrożności, ma być pilność i dozór aż do uśmierzenia i ugaszenia ognia”.

W 1624 roku rada miejska Tarnowa uchwaliła plebiscyt odnoszący się do obowiązków i świadczeń mieszkańców miasta w zakresie ochrony przeciwpożarowej. Określono w nim na przykład opłaty na utrzymanie zbiorników wody w rynku i ulicach oraz na opłacenie strażników pilnujących dniem i nocą i ostrzegających przed pożarem.

Teraz dozór nad utrzymaniem porządku w mieście i w stałej gotowości sprzętu gaśniczego powierzono lonarom, zobowiązanym do przeprowadzania rewizji tegoż sprzętu w każdym domu oraz naprawiania „rury” z bukowego drzewa doprowadzającej wodę do znajdującej się w rynku studni i stojącej przy ratuszu skrzyni, w której gromadzono wodę służącą do gaszenia ognia.

Jest niemal pewne, iż podobne przepisy przeciwpożarowe obowiązywały we wszystkich miastach i miasteczkach naszego regionu. Zapewne podobnie organizowano działania gaśnicze w Wojniczu. Również i tu obowiązek czuwania nad bezpieczeństwem miasta spoczywała na radzie miejskiej, a uczestniczenia w gaszeniu pożarów na jego mieszkańcach. A było tak do końca XVIII wieku.

Zasadnicze zmiany w tym względzie zaszły dopiero po pierwszym rozbiorze Polski, a dokładnie po 1796 roku, w którym to rząd austriacki opierając się o patent cesarza Józefa II z dnia 28 lipca wprowadził we wszystkich miastach Galicji nowe przepisy przeciwpożarowe i nakazał zorganizowanie w nich „zawodowego” pogotowia pożarowego. Miało ono być utrzymywane z dochodów miejskich, a rola strażaków w nim przypadła czeladnikom z rzemieślniczych warsztatów. Aliści ta forma organizacji straży ogniowych nie sprawdziła się w praktyce, jako że władze miast skąpiły pieniądze na ten cel. W rezultacie członkowie jej „nie mieli ani czem, ani w czem bronić od pożogi”

Sytuacja w zakresie obrony przeciwpożarowej miast galicyjskich uległa znaczącej poprawie dopiero w połowie XIX wieku, gdy zaczęły powstawać ochotnicze straże ogniowe. Zgodnie z zarządzeniem władz austriackich utrzymywano je z wolnych datków ich mieszkańców, specjalnych opłat instytucji gminnych i krajowych, oraz firm ubezpieczeniowych.

I tym razem pierwszym miastem w zachodniej części Galicji, które zaczęło tworzyć takie straże, był Tarnów. Jego radni sami obchodzili domy i warsztaty zachęcając mieszkańców miasta by wstępowali w szeregi ochotniczej straży ogniowej. Mimo, że wysiłki ich przyniosły skromne rezultaty, to jednak w 1864 roku udało się urządzić na wieży ratuszowej „stancyjkę” dla stróża, z której wychodził na jej ganek. A jeszcze w tym samym roku magistrat przyjął sześciu robotników „dla gaszenia pożarów” opłacanych z kasy miejskiej. I była to pierwsza etatowa straż pożarna w naszym regionie. W następnym roku zaś powstało Stowarzyszenie Ochotniczej Straży Pożarnej w Tarnowie.

Tak więc „zawodowa” straż pożarna wyprzedziła o rok ochotniczą.

Od tego czasu do gaszenia pożarów zobowiązane były obie te formacje.

Nie bez powodu poświęciliśmy nieco więcej miejsca dziejom walki z zagrożeniem ogniowym w Tarnowie. Nie ma wątpliwości, że Wojnicz w tym względzie od wieków wzorował się na swym większym sąsiedzie. Rzecz tylko w tym, iż nie dysponujemy dokumentami archiwalnymi, które by to potwierdzały. A wiemy na ten temat niewiele więcej ponad to, co przed jakimś czasem zdołał ustalić profesor Józef Szymański. </białej>

Dawne wojnickie straże i bezpieczeństwo od ognia.

Jeszcze w pierwszej tercji XIX wieku niemal cała zabudowa Wojnicza była drewniana. Murowane były tylko: kolegiacki kościół św. Wawrzyńca, stojący w rynku ratusz, nowo wzniesiony pałacyk Dąbskich na Zamościu, usytuowany przy wlocie do rynku obecnej ulicy Jagiellońskiej zajazd oraz przyrynkowe kamieniczki, zajmowane przez starostwo i inne austriackie urzędy. Często nawiedzany przez pożary, z których pięć (w 1379, 1485, 1702, 1831, 1895 roku) niemal doszczętnie go zniszczyło.

Dlatego od najdawniejszych czasów władze miejskie dokładały starań, aby zapobiegać pożarom i organizować skuteczną z nimi walkę, gdy już do nich doszło. Stąd też co pewien czas ogłaszały kolejne przepisy i zarządzenia przeciwpożarowe a także różnego rodzaju pouczenia zapisywane w księgach miejskich. Tak więc zabronione było przenoszenie otwartego ognia z domu do domu bez odpowiedniego zabezpieczenia, zwłaszcza na pokrywkach lub glinianych skorupach.

W tym celu należało posługiwać się glinianymi garnkami, chroniącymi ogień przed podmuchami wiatru.

Nie wolno też było chodzić po ulicach z pochodniami i łuczywami. Należało używać specjalnych latarń. Zabraniano dawać ogień osobom pijanym i dzieciom. W domach po zachodzie słońca wolno było podtrzymywać ogień w kominkach tylko wtedy, gdy podejmowało się gości lub przyjmowało na noc przyjezdnych, a mieszkania oświetlać tylko świecami.

Ostre przepisy przeciwpożarowe obowiązywały także rzemieślników szczególnie tych którzy w pracy posługiwali się ogniem: kowali, piekarzy i garncarzy. Tym nakazywano, aby warsztaty swoje lokowano na przedmieściach, poza obrębem zwartej zabudowy.

Najwięcej pożarów wybuchało z powodu prymitywnej konstrukcji przewodów kominowych w domach. Jeszcze w wieku XVII były one z desek oblepianych gliną. A w wieku XVIII pleciono je z wikliny i gliny (piece i kominy z cegły weszły w użycie dopiero pod sam koniec XVIII wieku). Nie dość na tym. Bardzo często bowiem zdarzało się mieszczanom zaniedbywać czyszczenia przewodów kominowych, i to pomimo wysokich kar pieniężnych nakładanych na zapominalskich. Dlatego władze miejskie wyznaczały specjalnych urzędników; rotmistrzów, lub dziesiętników, do obowiązków których należało sprawdzanie co tydzień lub raz w miesiącu kominów w swoich rejonach. Utrzymywały też specjalnych robotników, którzy za odpowiednie wynagrodzenie, tzw. „kominowe”, czyścili z sadzy przewody kominowe.

Ale gdy miasta nie było stać na utrzymywanie kominiarzy, pracę tę musieli wykonywać sami właściciele domów, a za rzemieślników ich uczniowie i czeladnicy. Komisarze mieli też obowiązek sprawdzania strychów. Nie wolno wszak na nich było trzymać słomy i siana, ani mościć miejsc do spania.

Oprócz kominiarzy i komisarzy miasto utrzymywało także strażników, którzy siedząc na ratuszowej wieży i chodząc po ulicach, we dnie i w nocy czuwali nad bezpieczeństwem ogniowym wojniczan. A gdy pojawił się gdzieś ogień lub dym ten na wieży bił na trwogę w wiszący na niej dzwon.

Strażnicy owi posiadali „służbowe” oznaki i trąbki, którymi dawali znać, iż czuwają i wszczynali alarm.

Mieli przy tym obowiązek obwoływania pory nocnej znaną do dziś rymowanką:

Już dziesiąta na zegarze
Spać, panowie gospodarze!
Strzeżcie ognia i złodzieja,
W Panu Bogu jest nadzieja!
Na sługi się nie spuszczajcie,
Lepiej sami doglądajcie.
Ostrożnie z ogniem!

Do obowiązków ich należało także sprawdzanie czy kominki i piece oraz świece zostały już wygaszone. A za niestosowanie się do ich poleceń groziły sprawcom surowe kary. Podobnie jak we wszystkich innych miastach obowiązek uczes tniczenia w akcjach gaszenia pożarów ciążył na wszystkich mieszkańcach Wojnicza, będących jego obywatelami. Już w XVI wieku miasto i jego przedmieścia podzielone były na dziesięciodomowe rejony. Na czele każdego z nich stał dziesiętnik-fajerman, który podczas pożaru obejmował dowództwo nad mieszkańcami swojego rejonu. Do akcji gaśniczej każdy mężczyzna obowiązany był stawać z własną siekierą lub osękiem i wiad- rem. Ponadto w każdym domu powinna być drabina, służąca normalnie do czyszczenia kominów, a nadto pewna ilość piasku i beczki z wodą.

Pomimo dość szczegółowych przepisów przeciwpożarowych, działających w różnych okresach miejskich służb ogniowych i stosowania dotkliwych kar wobec osób nie przestrzegających zarządzeń rady miejskiej, mieszczanie nader często ignorowali je lub wręcz łamali. Dlatego często ponawiano je i zapisywano w miejskich księgach. Z nich najważniejsze znamy dzięki temu, że wynotował je prof. Szymański. Godzi się je zatem w tym miejscu przypomnieć:

Ustawy przeciwpożarowe miasta Wojnicza

Rok 1575: Postanowiono, iż jeżeli ktoś nie wedle obyczaju miejskiego będzie szedł przez miasto z ogniem, taki będzie karany trzema dniami aresztu.

Rok 1576: Uchwalono, aby nikt nie odważył się utrzymywać ognia w domu po zachodzie słońca, za wyjątkiem, gdy komu zdarzy się gości lub kogoś na noc, pod karą 6 groszy.

Rok 1589: Item (następnie), żeby (z) światłem nie chodził z mieszczanów nikt pod rugową winą, j ako z latarnią.

Rok 1604: Item, ktoby wydał ogień na pokrywce z domu albo na skorupie okrom (zamiast) garnca, ma być karan winą groszy sześć.

Rok 1614: Porządek koło ognia, aby panowie rajce wydzielili wszystko miasto na dziesiątki.

Rok 1620: Item, panowie rajce, aby byli porządni, żeby osęk, drabin, wody, ognia, sadzy, słomy w górach (strychach) przestrzegały pod winą …

Rok 1737: Ognia alias (czyli) kominy aby tego przestrzegać, kominy mieć dobre albo często wymiatane, aby się ogień nie pokazywał.

Rok 1737: Punctum ratione Deus avertet (Niech Bóg odwróci) pokazania się ognia, aby każdy mężczyzna czy to z siekierą, czy to jakim potrzebnym naczyniem, aby pilnie tego i na to byli posłuszni.

Rok 1738: I to przekazuje sławetny urząd, przestrzega i prosi, aby kominy należycie były wystawione i opatrzenie dobre koło onych, jako to sadze wymiatać i koło kominów słomy barłogów nie kłaść, tak i w domach po górach słom i żadnych barłogów excepto (za wyjątkiem) siana, aby nie kłaść, to serio przykazujemy, na co rewizje będą czynione; gdzie by się zły porządek pokazał, na takiego nie winę, ale karę naznaczamy.

Rok 1742: Interes wzniesiony do pospólstwa ratione kominów – na to tak decydujemy, iż my sami siebie powinniśmy doglądać tym sposobem naznaczamy rotmistrzów co dziesiąty dom, ten powinien dziesięć domów opatrywać kominy, a każdy gospodarz powinien sobie sam lub czeladnik (…) wymiatać, a gdzie był nieporządnie wymieciony, panowie rotmistrze mają przekazać,a potem do urzędu to wnieść na takiego jest już kara naznaczona.

Rok 1742: Rewizorowie albo dozorcy kominów jako się pilnie w tym doglądają, że każdy swojej wydzielonej części pilnuje i dogląda.

Rok 1751: Item laudatum est (następnie należy pochwalić), ażeby panowie sąsiedzi kominy dla bezpieczeństwa ognia dobre mieli, do których sławetny urząd na rewizją pójść ma.

Rok 1755: Stosując się do dawnego laudum, jako jest in actis (w aktach), że na którychkolwiek domach są domy słomą poszyte, naznaczyliśmy, nakazali i postanowili, ażeby panowie sąsiedzi ci, którzy mają słomą poszyte domy, one zrzucili a gontem pobijali, co do tego czasu panowie sąsiedzi nie uczynili. Więc my teraz naszą jurydykcją i władzą to stanowiamy i przykazujemy, ażeby słomy, kędy domy są nie poszyte, one zrzucili a gontem pobijać, a to mają uczynić w przyszłym. Kto by zaś tego nie uczynił, z tego będzie powinien dom odarty ze słomy.

W innych jeszcze ustawach i zarządzeniach znajdują się przypomnienia o ciążących na mieszkańcach Wojnicza obowiązkach posiadania i dostarczenia na akcje gaśnicze potrzebnego do walki z ogniem sprzętu, a na właścicielach koni dostawienia ich na miejsce pożaru w celu przywiezienia narzędzi ogniowych i potrzebnej wody.

Wspomnieliśmy już w poprzednim rozdziale, że tuż po 1850 roku na terenie Galicji zaczęto po miastach tworzyć ochotnicze i ochotniczo- zawodowe oddziały straży pożarnych. Na naszym terenie służby takie powołał Tarnów. Stało się to 1864 roku. Przypuszczalnie, wkrótce za przykładem jego poszedł Wojnicz jako najbliższy sąsiad.

Dzisiaj nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć nawet na trzy zasadnicze pytania: kiedy dokładnie i za czyją sprawą powstała w Wojniczu straż pożarna oraz jaką miała pierwotnie formę organizacyjną.

W oparciu o sugestie najwybitniejszego znawcy dziejów Wojnicza, wojniczanina zresztą z urodzenia, profesora Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie Józefa Szymańskiego przyjęło się uważać, iż jako ochotnicza straż pożarna powstała w 1869 roku. Według Profesora przemawia za tym fakt odnotowanego udziału wojnickich „fajermanów” w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod budowę w Rynku szkoły elementarnej, która odbyła się w tym właśnie roku (zakończenie jej budowy nastąpiło w roku następnym)

. Nie możemy jednak wykluczyć, iż zawiązała się ona nieco wcześniej w oparciu o ustawę przeciwpożarową z dnia 28 lipca 1866, i podobnie w Tarnowie, była strażą „zawodowo”-ochotniczą. Trzon jej stanowiło kilku robotników zatrudnianych przez naczelnika gminy dla obsługi ręcznej pompy i doglądania pozostałego sprzętu gaśniczego oraz do gaszenia pożarów. Podczas akcji gaśniczych wspomagali ich mieszkańcy miasta: właściciele palących się domów i zabudowań, czeladnicy oraz inni wojniczanie.

Wskazują na to dwa rozliczenia kosztów gaszenia pożarów, które wybuchły w nocy z 4 sierpnia i w noc z 29 na 30 tego samego miesiąca 1878 roku. Wynika z nich, że gaszenie pierwszego kosztowało miasto 9 zł reńskich i 41 centów.

Na kwotę tę składało się:

wynagrodzenie dla ośmiu uczestników akcji, a ponadto „użytym do czyszczenia sikawki i napełniania beczek z wodą robotnikom”, „(pomocnikowi) za zajęcie się sikawką przy wyczyszczaniu” oraz za wódkę dla biorących udział w gaszeniu i „za zakupioną u Judy Engla flaszeczkę oliwy” do smarowania sikawki. Po drugim pożarze zaś polecono kasie miejskiej wypłacić „za rozdaną wódkę dla pracujących przy pożarze (…) tudzież użytych przy czyszczeniu i wypróbowaniu sikawki pomocników, szynkarzowi Israelowi Borgeicht kwotę 2f(lorenów) 36c(entów) w(aluty) a(ustriackiej), zaś za zakupiony smalec Wincentemu Królikiewiczowi do smarowania sikawki kwotę 1 zł r(eński) w,a, czyli łącznie 3 zł r. (reńskich) 36 c.c.w.”

Po raz pierwszy istnienie oddziału Ochotniczej Straży Pożarnej w Wojniczu potwierdzone zostało dopiero w 1896 roku. Znajdujemy je w dokumencie szczególnego rodzaju. Jest to przechowywana w Tarnowskim Muzeum Okręgowym księga zaopatrzona nalepką z napisem tytułowym: „Pokwitowanie magazynowe straży ogniowej ochotniczej w Wojniczu”. Zawiera ona 100 kart drukowanych formularzy pokwitowań odbioru z przydziału mundurów, ubrań, odznak organizacyjnych oraz indywidualnego wyposażenia towarzyszy drużyny strażackiej.

Dzięki niej wiemy, że w roku założenia owej księgi wojnicka drużyna strażacka liczyła 32 towarzyszy, a członkami jej w 1896 roku byli: Cygnarowicz Franciszek, Głuszek Franciszek, Grzyb Józef, Janicki Walenty, Jawornik Józef, Jaworski Andrzej, Jurek Jan, Karpiński Ludwik, Kazkiewicz Leonard, Koszcki Antoni, Krogulski Michał, Krzemiński Ignacy, Kumorek Franciszek, Lenik Stanisław, Lenik Władysław, Marek Jan, Mendel Piotr, Mirek Jan, Niedzielski Józef, Niemczyk Walenty, Pachowicz Jędrzej, Płeszczyński Jan, Radliński Jan, Rajski Jan, Sacha Jan, Sacha Karol, Schmidt Józef, Słupski Wojciech, Solak Antoni, Urbański Jędrzej, Urbański Stanisław i Wszołek Władysław.

Komendantem był Michał Zieja – pierwszy znany nam z imienia i nazwiska dowódca OSP w Wojniczu.

Gdy zmarł 4 kwietnia 1899 roku w wieku pięćdziesięciu dwóch lat pochowany został na wojnickim cmentarzu parafialnym. Zapomniany przez wszystkich, niszczejący jego grób znajduje się przy północnej ścianie ufundowanej przez Jordanów kaplicy cmentarnej.

Oprócz pokwitowań z roku 1896 są też w księdze także pokwitowania odbioru ubrań i sprzętu strażackiego przez członków wojnickiej OSP z lat 1933 – 1947. A są to jedyne ocalałe dokumenty potwierdzające jej skład osobowy z okresu międzywojennego:

Rok 1933

Bolesław Barburski, Stanisław Gądziński, Mikołaj Grajewski, Feliks Kasperek, Andrzej Łabuda, Jan Nosek, Jan Poborski, Wojciech Podmokły, Józef Sacha, Jan Solakiewicz, Antoni Sowa, Stanisław Sygnarowicz, Szaflarski, Marcin Szarkiewicz, Stanisław Talarczyk, Andrzej Urbańczyk.

Rok 1934

Wawrzyniec Batko, Stanisław Gądziński, Mikołaj Grajewski, Jan Karpiński, Feliks Kasperek, Adam Kogutowicz, Józef Krupski, Andrzej Ła-buda, Jan Nosek, Pater, Jan Poborski, Jan Solakiewicz, Stanisław Sygnarowicz, Marcin Szarkiewicz, Stanisław Talaczek, Konstanty Tylko, Andrzej Urbański.

Rok 1936

Kura Jan

Rok 1937

Władysław Nosek, Jan Setlik.

Hełm komendanta nosili w tym czasie kolejno: Józef Sacha (1933), Szaflarski – nie wpisano imienia (1933), Stanisław Talaczek, Feliks Kacperek.

Wydaje się, iż od połowy XIX wieku Wojnicz już był dobrze zabezpieczony przed pożarami. Funkcjonowały wszak i miejska służba ogniowa i ochotnicza straż pożarna. Dzięki temu od końca lat czterdziestych XIX wieku do dziś raz tylko, w 1895 roku, dotknęła go klęska wielkiego pożaru. Ale chroni go przecież także i Boża Opatrzność, którą reprezentują tu aż dwaj święci: Wawrzyniec, patronujący parafialno-kolegiackiemu kościołowi, którym się opiekuje od ponad pięciuset czterdziestu lat a którego wizerunek – święty leżący na złotej kracie – od wieków widnieje w herbie Wojnicza oraz Florian broniący miasteczko przed pożarem od 1843 roku, a więc od czasu, gdy w rynku wystawiona została jego kamienna figura.

Warto więc powiedzieć o nich choć parę słów.

Święty Wawrzyniec (Laurentius) był Hiszpanem z miasteczka Hueska, w którym żyli jego rodzice: Arencjusz i Pacjencja. W młodości udał się do Rzymu, gdzie studiował pod kierunkiem pochodzącego z Aten filozofa Sykstusa, który zostawszy papieżem w roku 252 (Sykstus II) wyświęcił go na diakona, powierzając mu pieczę nad majątkiem Kościoła rzymskiego oraz nad ubogimi.

Ale gdy w roku następnym cesarz Walerian zaczął prześladować chrześcijan, jako pierwszy ofiarą ich padł papież Sykstus II. Wtedy to przepowiedział on Wawrzyńcowi, że niedługo po nim i on zostanie zamęczony. Młody diakon, uradowany przepowiednią pieniądze zebrane na kościół rozdał biednym, a chrześcijan, gromadzących się po kryjomu w katakumbach upomniał, aby pomimo prześladowań wytrwali w wierze. Zaraz po śmierci papieża również Wawrzyniec stanął przed sądem cesarskiego namiestnika.

Wypytywany przez niego o skarby, które jakoby wierni złożyli na jego ręce, wskazując na ubogich odpowiedział: „Oto nasze skarby, nasze perły i drogie kamienie”. Słysząc to namiestnik rozkazał oprawcom zedrzeć z niego szaty i długo biczować.

Potem położony został na żelaznym łożu, pod którym rozpalono węgle.

Tak to święty Wawrzyniec zakończył swoje krótkie życie, a kanonizowany, stał się w krajach chrześcijańskich patronem ubogich, piekarzy, kucharzy, ale także studentów, bibliotekarzy i pszczelarzy. W Polsce zaś od dawna uważa się, iż wstawiennictwo jego uchronić nas może od chorób reumatycznych i … pożarów.

Aliści w sprawach ogniowych za bardziej skutecznego od świętego Wawrzyńca uważa się u nas świętego Floriana. A jest tak już od średniowiecza, dokładnie od czasu wielkiego pożaru podkrakowskiego miasta Kleparza w połowie XIV wieku, z którego ocalał jedynie znajdujący się w nim od końca XII wieku kościół św. Floriana, szczycący się posiadaniem jego relikwii, sprowadzonych doń w 1185 roku.

Od tego czasu św. Florian uznawany jest za chroniącego nasze miasta przed pożarami, a także za patrona strażaków. Stało się to również za sprawą odnoszącej się do niego legendy. Głosi ona, że święty Florian był oficerem rzymskiego legionu, który w 304 roku poniósł męczeńską śmierć za wiarę w Chrystusa, utopiony w nurtach rzeki Ancinus pod miasteczkiem Laurucum. Jakiś czas po pożarze Kleparza i cudownym ocaleniu kościoła parafialnego, w miastach polskich zaczęto wystawiać figury św. Floriana. Szczególnie dużo ich powstało na terenie Małopolski w XVIII i XIX wieku.

Stanęła taka i na wojnickim rynku, na pamiątkę wielkiego pożaru Wojnicza z 1831 roku, podczas którego spłonęła część jego zabudowy wraz z ratuszem.

Odkuta w białym piaskowcu naturalnej wielkości figura świętego przedstawia go jako rzymskiego legionistę z sarmackim wąsem, w pół-pancerzu łuskowym i krótkiej tunice oraz w hełmie na głowie. Trzyma on w rękach należące doń atrybuty: chorągiew i konew z wodą, którą gasi stojący u jego stóp płonący budynek. Stoi on na wysokim, kamiennym także cokole, na którym widnieje wierszowana inskrypcja:

Aby cześć i chwała

Tobie wiekopomne

Każdej chwili brzmiała,

Święty Florianie

A wszelki, co w wierze

Szuka Twojej obrony

Przy większym pożarze,

Doznaje ochrony.

Na bocznej zaś ścianie znajduje się napis:

„Pamiątka szczęśliwie przeżytych chwil W r. 1831 za starannością Burmistrza Cyryla Drożewskiego A kosztem miasta Wojnicza i Korpusu C.K. Pułku husarów Nr 10 w 1843 wystawiona.

Cała kompozycja rzeźbiarska czyli figura wraz z postumentem ma około 4 m wysokości. A jest ona, jednym z najstarszych tego rodzaju zabytków poświęconych św. Florianowi. Starsze od niej znajdują się tylko w Brzesku (1731), Tuchowie (1781) i w Dębnie (z połowy XVIII wieku). Jednak, mimo, iż tak leciwy i okazały nie zdołał uniknąć dobrotliwego przytyku wojnickiej poetki Zofii Wróbel. A to przez blaszany daszek którym go przykryto:

Na wojnickim rynku święty Florian stoi;

Schował się pod daszek bo się deszczu boi.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do naszych strażaków. Podobnie jak w innych miastach, a nawet większych wsiach Galicji, również i oni zorganizowani byli na wzór wojskowy. Dlatego i w ich przypadku dużą wagę przywiązywano do umundurowania.

Mundur wszak potwierdzał przynależność do straży, odróżniał jej członków od „cywilnych” mieszkańców miasteczka oraz osób uczestniczących w akcjach ratowniczych, ale też popularyzował drużynę wśród wojnickiego społeczeństwa. Każdy chłopiec od najmłodszych lat marzył o tym by zostać strażakiem i rozbudzać nastroje patriotyczne.

Mundur ten wszak i związana z nim oraz ze służbą strażacką dyscyplina, polska komenda i polskie odznaki, szczególnie dla młodzieży były czymś na kształt polskiego wojska.

Toteż nawet w małym i ubogim wówczas Wojniczu zadbano aby towarzysze strażaccy godnie reprezentowali zarówno przy szczególnych okazjach jak i podczas wykonywania swoich obowiązków.

Jak wynika ze wspomnianych wyżej pokwitowań, każdy z nich już w końcu XIX wieku wstępując do korpusu ochotniczej straży pożarnej otrzymywał płaszcz, sukienny mundur wyjściowy czyli galowy, mundur płócienny, hełm szeregowca oraz pas skórzany, krawatkę, czapkę i odznakę. Ich dowódcę zaś wyposażano dodatkowo w „hełm komendanta” i szpadę.

Natomiast sprzęt gaśniczy, jakim dysponowali, był dość skromny. Bo oprócz osobistego wyposażenia; toporka, konewki, klucza rekwizytowego, linki, latarki i okularów od dymu mieli tylko ręczną pompę na czterech kołach, beczkowóz, osęk, drabiny i sznury .

Równie mało jak o pierwszym, pionierskim okresie dziejów wojnickiej ochotniczej straży pożarnej wiemy o jej czasach między wojennych. Bo wszystko to, co się z nimi wiązało (dokumenty, sztandar, kronika, fotografie i inne pamiątki, a nawet sprzęt strażacki) , przepadło najpewniej bezpowrotnie w latach hitlerowskiej okupacji.

Nie zachowały się nawet osobiste pamiątki ówczesnych strażaków, tak, że obecnie dysponujemy jednym zaledwie i to dość skromnym, źródłem wiedzy o wojnickiej OSP z lat 1918-1939. A jest nim „Oświadczenie druha Jana Sobolewskiego”, zamieszczone w odpisie w założonej w 1992 roku kronice OSP – dokument wręcz unikalny, zasługujący na przytoczenie go w całości:

„Urodziłem się 6 VI 1906 r. w Wojniczu i oświadczam, co następuje: Do OSP wstąpiłem w 1922 roku.

W tym czasie naczelnikiem OSP, o ile sobie przypominam, był ob. Sacha, a zastępcą jego był Szafrański. W tym czasie do OSP należeli: Talaczek Stanisław, Gądziński Stanisław, Szarkiewicz Marcin, Łabuda Andrzej, Batko Andrzej, Poborski. Ponadto było 20 członków, w tym Antoni Grudzień, Blacha Walenty, Urbański Roman , Nosek Jan. Pomieszczenie jako świetlica znajdowało się w pomieszczeniach Gromady, obecnie jest tam Izba Pamiątek oraz mieszkanie prywatne. Do sprzętu gaśniczego w tym czasie należała sikawka ręczna oraz kilka elementów węża tłocznego parcianego. Umundurowanie mieliśmy zgodne z regulaminem tj.: naczelnik – mundur, pas, czapkę rogatywkę, sznur z gwizdkiem oraz szablę.

Natomiast strażnicy zamiast szabli posiadali toporki, hełmy były oblekane skórą koloru czarnego, wykładane inkrustacją metalową; na czołowym miejscu godło państwowe w pło- mieniach. Remiza znajdowała się na podwórzu poczty, w obecnych magazynach G.S.-u i gospodarki komunalnej.

W okresie żniw i omłotów były pełnione wart nocne.

W czasie okupacji były pełnione warty na ulicy (dzwonnicy?!) kościelnej. W czasie okupacji OSP większej działalności nie prowadziła.

W razie pożaru straż była alarmowana trąbką, którą zawiadywał Grajewski. Do pożaru były wyznaczone konie, za wyjątkiem (koni) lekarza, akuszerki i księdza.

We wszystkich większych uroczystościach kościelnych i państwowych straż pożarna zawsze brała czynny udział. Za działalność w OSP strażacy czynni byli zwalniani przez władze miejskie od odpłatności na stróża nocnego oraz szarwarku (fundusz Gminy). Nazwiska komendanta nie pamiętam.”

Wojnicz 18.II.1977.

Solakiewicz Jan

Dzisiaj jedynym już z czynnych niegdyś wojnickich strażaków pamiętających przedwojenne czasy OSP jest urodzony w 1925 roku ich nestor Józef Blacha. Bo chociaż „żołnierzem św. Floriana” został dopiero w roku 1946, to przecież znał niemal wszystkich ówczesnych druhów, a z kilkoma z nich odbudowywał po wojnie wojnicką jednostkę OSP.

We wspomnieniach postacią najbardziej znaczącą dla Wojnicza tamtych czasów był Feliks Kasperek, wieloletni komendant ochotniczej straży pożarnej. Według Józefa Blachy funkcję tę pełnił ponad trzydzieści lat. Za jego czasów w poczet strażaków przyjmowano tylko mężczyzn w wieku 25-27 lat, którzy odbyli służbę wojskową i posiadali wyuczony zawód. Skądinąd wiemy, że w 1922 roku drużyna strażacka liczyła siedemnastu, a w roku 1932 dwudziestu trzech członków. W tym czasie oprócz zwykłego sprzętu gaśniczego (bosaki, drabiny, beczkowóz, pompa ręczna na czterech kołach), posiadali jeszcze motopompę M 200, którą kupił im Zarząd Gminy. Po zajęciu Wojnicza przez wojska niemieckie 5 września 1939 roku zaczął się dla jego mieszkańców trwający ponad pięć lat (do 16 stycznia 1945 roku) czas okupacji, który dla tutejszych strażaków był okresem znacznego ograniczenia możliwości ich działania.

Ale pomimo, iż ich organizacja uległa likwidacji, to przecież nie zaprzestali wypełniania swoich obowiązków, chociaż w znacznie okrojonym składzie. Nadal spotykali się i pełnili dyżury w przyrynkowym budynku dawnego „Sokoła”, będącym obecnie siedzibą Gminnego Ośrodka Kultury, czuwali na wieżyczce sygnaturki kościoła św. Wawrzyńca i patrolowali wojnickie ulice.

A jak trzeba było, pędzili do pożaru wozem z motopompą, do którego zaprzęgali parę użyczanych im najczęściej przez Stefana Chumińskiego koni.

Ale zdarzało się także, że nawet w tych tak trudnych, a nawet niebezpiecznych dla młodych ludzi czasach przyjmowali w swoje szeregi nowych adeptów strażackiego rzemiosła. Takimi byli przyjęci w szeregi strażaków – ochotników w 1942 roku Władysław Jakubowski i Stefan Kura.

Aliśći w ostatnich latach okupacji nawet tak ograniczona działalność wojnickich strażaków zamarła. Co było tego powodem, nie wiemy. Faktem jest, że ludzie się rozeszli, a sprzęt strażacki zniszczał źle przechowywany lub został rozgrabiony.

Wojnicka Ochotnicza Straż Pożarna w latach 1946 – 2004

Na jednej z pierwszych kart założonej w 1992 roku kroniki OSP w Wojniczu, którą zaczęła spisywać Anna Nosek, znalazła się krótka notatka jakiegoś anonimowego strażaka, odnosząca się do reaktywowanej po drugiej wojnie światowej wojnickiej straży ochotniczej. Forma i treść jej wskazują na to, że sporządzono ją około 1957 roku. A oto i ona:
W roku 1946 kilku chętnych tut. Obywateli postanowiło od nowa zorganizować Ochotniczą Straż Pożarną, co też udało się przy dobrej chęci Członków i ofiarnej pomocy tutejszego społeczeństwa zakupiliśmy samochód i przerobiliśmy go na samochód strażacki, zremontowaliśmy pozostałą motopompę, kupiliśmy także dla 20-stu strażaków mundury, pasy bojowe i skórzane i wiele innych niezbędnych rzeczy. Jako remiza służyła nam dalej pozostała szopa po poprzedniej Straży, w której nie mogliśmy już pomieścić naszego sprzętu, a co gorsze, wyjazd był przez dwie bramy obiektu Urzędu Pocztowego tak wązki, że samochód nie mógł przejechać przez nie, zaś bramę frontową dzielił tylko 3-ch metrowy chodnik głównej szosy. Dziś posiadamy motopompę M 800 i ponad 1000 metrów węża tłocznego.

Niestety na potwierdzenie owych informacji nie posiadamy żadnych dokumentów. I tylko dobrej pamięci Józefa Blachy, najstarszego z żyjących niegdysiejszych strażaków, zawdzięczamy wiedzę o tym, że inicjatorem przywrócenia Wojniczowi ochotniczej straży pożarnej był stryj jego Leon Blacha, przedwojenny jeszcze strażak i pierwszy powojenny naczelnik (komendant). Stało się to najpewniej na przełomie 1946 i 1947 roku.

Wśród „kilku chętnych tut. Obywateli”, którzy w roku 1946 podjęli trud przywrócenia Wojniczowi jego straży pożarnej byli jego przedwojenni członkowie: Józef Sacha, Jan Poborski, Stanisław Gądziński, Marcin Szarkiewicz i Andrzej Łabuda oraz Władysław Jakubowski i Stefan Kura, którzy zostali strażakami w 1942 roku.

Pozostałymi członkami ówczesnej drużyny strażackiej byli dwudziestolatkowie, zafascynowani wszystkim, co łączyło się ze strażą pożarną, a fascynacja ta zaczęła się jeszcze przed wojną. A było ich wszystkich dwudziestu pięciu.

O tym początkowym, pionierskim okresie odradzającej się ochotniczej straży pożarnej, bardzo niewiele wiemy, jako że pisana jej historia zaczyna się dopiero w styczniu 1949 roku. Pewne jest tylko to, że organizatorzy jej prezesurę powierzyli Michałowi Chrapuście, a obowiązki komendanta Leonowi Blasze. Oprócz nich w skład zarządu wchodzili: Józef Blacha-sekretarz, Zbigniew Blacha-skarbnik, Julian Bochenek-gospodarz, oraz jego członkowie: Józef Jaworski, Stanisław Piechowicz, Stanisław Jurek, Aleksander Królikiewicz, Jan Wróbel, Tadeusz Syg- narowicz. Większość z nich na te same stanowiska wybrano ponownie podczas walnego zebrania wyborczego, które odbyło się 27 marca 1949 roku. Podkreślić w tym miejscu wypada, iż owo zebranie stało się pierwszym akordem prawdziwej historii powojennej, a więc obecnej wojnickiej jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej. Bo oprócz wyboru nowego zarządu stwierdzono na nim, że „straż pożarna powinna nadal w Wojniczu istnieć” i podjęto pierwsze uchwały w sprawach orga- nizacyjnych: naprawy i zakupu sprzętu pożarniczego, umundurowania strażaków, urządzenia świetlicy, dyżurów i sposobu pozyskiwania środków finansowych na działalność jednostki. Źródłem ich miały być i były przede wszystkim organizowane przez strażaków zabawy i wieczorki taneczne oraz zbiórki pieniężne. I tak na przykład, gdy kilka dni po walnym zebraniu zarząd zlecił miejscowemu krawcowi, Alfredowi Urbańskiemu, uszycie pierwszych ośmiu mundurów, nakazał też przeprowadzenie w Wojniczu i najbliższych wsiach kwesty. „Na mundury tośmy sami pieniądze zbierali – wspomina po latach Stanisław Mizera. Dostaliśmy z Gminy zezwolenie na chodzenie po mieście i gminie i zbieranie tych pieniędzy. Chodziliśmy w dwóch z Ryśkiem Liszką. Ale nie bardzo nam to szło. Przecież po wojnie była u nas bieda. Prawie cały dzień tak chodziliśmy od domu do domu, zmarznięci, zmoknięci i głodni – był to wtedy strasznie paskudny kwiecień. A na koniec przynieśliśmy do świetlicy trzydzieści kilka jajek i 147 złotych. Znacznie lepiej powiodło się innym kwestarzom. I kiedy dokonano podliczenia zebranych pieniędzy okazało się, że uzyskali dokładnie 18.580 zł. Uszycie mundurów zaś miało kosztować tylko 2.300 zł. A były jeszcze znaczne dochody z organizowanych wieczorków tanecznych i zabaw. Dość powiedzieć, że tylko z jednej z nich do strażackiej kasy wpłynęło ponad 23 tysiące czystego zysku. Zarabiało także zorganizowane jesienią 1949 roku „kółko artystyczne” czyli strażacki teatr amatorski, którego kierownikiem został Józef Macheta. Bo gdy w styczniu następnego roku wystawił sztukę „Małżeństwo Zosi”, uzyskał z tego 26.274 zł. Jednak skuteczne pozyskiwanie środków finansowych nie było przecież celem naszych strażaków, a jedynie sposobem na uzyskanie możliwości realizowania przez nich ich zadań statutowych, a także finansowej niezależności. Dzięki temu już w 1950 roku mogli wyremontować będącą w ich posiadaniu przedwojenną jeszcze motopompę, przystosować do swoich potrzeb przekazany im w użytkowanie, stojący na tyłach domu pocztowego budynek gospodarczy oraz świetlicę, a nadto kupić niezbędny sprzęt strażacki: drabiny, węże, bosaki, hełmy itp.

Ale przede wszystkim uzyskali możliwość podejmowania w pełni pro- fesjonalnych akcji gaśniczych i ratowniczych. W tym też roku kupili swój pierwszy „wóz bojowy”. Była to nieduża, mająca około tony ładowności francuska półciężarówka marki Citroen. Którą przystosowali do własnych potrzeb: usunęli burty, pośrodku platformy przymocowali ławkę dla ośmiu strażaków, a na koniec pomalowali na czerwono. Tak uformowany „wóz bojowy” dopełnili dwukołową przyczepą z ustawioną na niej motopompą.

I służył ów Citroen im blisko osiem lat. Jeździli nim do niezbyt groźnych pożarów, jakie zdarzały się w tamtych latach w Wojniczu i bardzo poważnych w Milówce, Ispie, Olszynach i Łukanowicach. Woził ich też na rejonowe strażackie zawody, zloty i parady oraz dodawał splendoru podczas pierwszomajowych pochodów.

Ale mieli z nim też kilka przygód. O jednej z nich dość zabawnej, opowiadał niegdyś pan Józef Blacha: „Było to w początkach lat pięćdziesiątych, za prezesury Władysława Setlaka. Którejś soboty czy niedzieli kilku strażaków wraz z samym prezesem wybrało się Citroenem na zabawę do Borzęcina. Gdy już wracali do domu, jadąc przez las koło Woli Dębińskiej, zobaczyli nagle, że spod maski silnika tryska snop iskier. Gdy zatrzymali się, wyskoczyli z auta i otworzyli maskę, stwierdzili, że pali się instalacja elektryczna – coś w niej nie łączyło. A że w tym czasie za jego sprawność odpowiadał jadący z nimi Stefek Kura kazał mu prezes Setlak siadać na błotniku przedniego koła i trzymać rękami przewody na stykach przez całą drogę aż do Wojnicza”.

Innym znów razem, podczas kawalerskiej jazdy tenże Stefek rąbnął Citroenem w słup telefoniczny, aż się koło urwało.

Nic zatem dziwnego, że tak maltretowany samochód już w początkach 1958 roku odmówił ostatecznie posłuszeństwa, a strażacy musieli kupić inny. Tym razem był to ciężarowy Chevrolet o ładowności trzy i pół tony, mocno już podstarzały, ale po kapitalnym remoncie, kupiony w tarnowskim Autoruchu za 40.000 zł.

Lata 1946/47 – 1959 były okresem kształtowania się wojnickiej OSP, niekończących się zabiegów o jej przetrwanie oraz zapewnienie godziwych warunków jak najlepszego wypełniania jej statutowych obowiązków. Temu celowi służyły starania kolejnych, następujących po sobie co dwa, cztery lata zarządów OSP i szeregowych strażaków, u wojnickich, powiatowych (Wojnicz należał wówczas do powiatu brzeskiego), wojewódzkich, a nawet centralnych władz. A zabiegać musieli dosłownie o wszystko: pomieszczenia na remizę, świetlicę, sprzęt, środki finansowe, o zagrożoną niekiedy autonomię ich organizacji, nawet o własny honor zagrożony przez partyjnych doktrynerów.

Na szczęście konflikt między przekonaniami wojnickich strażaków, a przedstawicielami ówczesnej władzy raz tylko przybrał groźniejsze rozmiary i zakończył się ich wygraną.

Wiedzieć trzeba, iż początki powojennego okresu dziejów wojnickiej OSP przypadły na najczarniejsze czasy wszechobecnego w całej Europie środkowo-wschodniej i w Polsce kultu jednostki, czyli stalinizmu lat 1945-1956, który za rządów Władysława Gomułki określano eufemistycznym mianem okresu błędów i wypaczeń. A były to czasy totalnej indoktrynacji komunistycznej narodów, które skutkiem uzgodnień jałtańskich czterech wielkich mocarstw, znalazły się w orbicie wpływów Związku Radzieckiego. I wszystko to, co stało się w nich złego, za jego sprawą dotknęło także społeczeństwo polskie.

Aliści u nas rządy komunistów były znacznie mniej dotkliwie niż w Niemieckiej Republice Demokratycznej, w Czechosłowacji i innych krajach tzw. demokracji ludowej. W naszych małych miasteczkach i po wsiach przejawiały się przede wszystkim naciskiem ekonomicznym: przeprowadzoną na siłę kolektywizacją oraz obowiązkowymi dostawami płodów rolnych i żywca.

A wynikało to przed wszystkim ze szczególnego charakteru narodowego Polaków, zadawnionej ich niechęci do Rosji sowieckiej i komunistycznych doktryn oraz głęboko zakorzenionego u nas katolicyzmu. Dlatego o Polsce tamtych czasów mówiło się żartobliwie, że był to najweselszy barak w całym obozie komunistycznym.

W pozostającym nieco na uboczu zachodzących wówczas przemian i wynikających z nich problemów Wojniczu, ludzie zdawali się żyć dawnym rytmem, zgodnie z ukształtowaną przez wieki tradycją i swymi upodobaniami. Ten ich spokój był też udziałem wojnickich strażaków. Podobnie jak ich starsi koledzy przed wojną, gromadzili potrzebny sprzęt, ćwiczyli doskonaląc się w strażackim rzemiośle, strzegli bezpieczeństwa współobywateli, gasili pożary, zabezpieczali przeciwpowodziowe wały Dunajca, pełnili dyżury w okresie żniw i omłotów.

Jednak i oni od czasu do czasu ulegać musieli wymaganiom tamtych czasów. I tak na przykład otrzymawszy od władz wojnickich pomieszczenie na świetlicę, kupili i zawiesili wprawdzie na ścianie portrety prezydenta Bolesława Bieruta i marszałka Polski Michała Roli Żymirskiego, ale też – dla równowagi – drewniany krzyż z ukrzyżowanym Chrystusem.

Pozostając w zgodzie z obowiązującymi wówczas normami, utrzymywali dobre stosunki nie tylko z władzami Gromadzkiej Rady Narodowej, ale także z PZPR, Związkiem Młodzieży Polskiej i dyrekcjami szkół. Musiał też w tamtych czasach Józef Blacha jeździć do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Brzesku, by uzyskać zatwierdzenie repertuaru zespołu teatralnego, a nawet strażackiej orkiestry dętej, której był opiekunem.

Ale i im przyszło odczuć niezbyt zresztą dla nich groźne skutki nadgorliwości jednego z partyjnych aparatczyków, jacy zdarzali się i w kierownictwie brzeskiej Komendy Powiatowej Straży Pożarnych. Zdarzyło się to 4 lutego 1955 roku, podczas zebrania sprawozdawczo-wyborczego wojnickiej OSP. A był to incydent, który poruszył naszych strażaków do tego stopnia, iż odnotowali go w protokole z owego zebrania.

Podczas dyskusji nad sprawozdaniem ustępującego zarządu, gdy głos zabierał Jan Sygnarowicz: „Przybył na salę nieznany ogółowi zebranych Kom. Pow. K.O. Ob. Palej Roman(…) zaraz zabrał głos nie prosząc o niego, jednocześnie nie dał możliwości przedstawienia się zebranym, a przewodniczący zebrania (Władysław Setlak) był na tyle grzeczny, że nie przerwał przemawiającemu. (R. Palej) zaznaczył, że skład osobowy władz OSP Wojnicz powinien być zmieniony, gdyż nie widać jego pracy.

Widzi brak dekoracji w świetlicy, brak prasy. Skrytykował następnie pracę władz OSP Wojnicz wysuwając niesłuszne zarzuty pod ich adresem głosem mocno podniesionym, między innymi brak współpracy z PZPR, ZMP i Ogółem Obywatelstwa(…). W dalszym ciągu wypowiedzi mocno podnieconego Kom. Pow. K.O. Ob. Paleja Romana wynikało, że rozwiąże się OSP w Wojniczu, zabierze się sprzęt strażacki i instrumenty muzyczne, w wyniku tego dyskusja przerodziła się w kłótnię, zebranych mocno zdenerwowały wypowiedzi Kom. Pow. K.O. i wszyscy opuścili świetlicę(…)” Zebranie zostało zerwane. Trafiła jednak kosa na kamień. Dwa dni później wojniccy strażacy wysłali list ze skargą na towarzysza Paleja do władz wojewódzkich w Krakowie. A że było to wydarzenie niezwykłe, zaś tekst owej skargi znamienny, warto go w tym miejscu przytoczyć w całości.

Do Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnych

w Krakowie.

W wyniku podanego w załączniku protokołu, zwracamy się z zażaleniem do Was aby wpłynęła na Powiatową Komendę Straży Pożarnych w Brzesku, o bardziej wnikliwe zainteresowanie się pracą i życiem OSP w Wojniczu, a uważamy, że wystąpienie Kom. Pow. K.O. Ob. Paleja Romana było wysoce niekulturalne, demobilizujące ludzi chętnych do pracy w ramach tej organizacji Mamy inne przykłady nietaktownych wystąpień Kom. Pow. K.O., który w przeddzień święta Bożego Cała przyjechał do Zarządu OSP w Wojniczu żądając ażeby orkiestra OSP nie brała udziału w uroczystościach związanych z tym świętem, gdyż robimy o godzinie 11-tej alarm ćwiczebny, który wypadłby w czasie trwania procesji na rynku. Na te żądania Zarząd nie zgodził się i prosił o przesunięcie na późniejszą godzinę alarmu. W dniu Bożego Ciała przybył do Wojnicza i zrobił awanturę Ob. Słupskiem Janowi, który był zajęty przy budowie ołtarza. Widocznie Ob. Palej R. nie jest obznajmiony z Konstytucją, która gwarantuje wolność wyznania. Reasumując: chcemy wszyscy pracować w ramach naszej organizacji, ale nie z takimi ludźmi, którzy nie kierują, ale komenderują, nie mobilizują, a rozbijają, i to w bardzo chuligański sposób. Prosimy o rozpatrzenie powyższych danych, o udzielenie nam odpowiedzi i wyciągnięcie konsekwencji do Ob. Paleja Romana.

Zarząd OSP
w Wojniczu

w Wojniczu

Otrzymują do wiadomości:
Woj. Kom. PZPR – Kraków
WKSP – Kraków

Czym się owa awantura skończyła nie wiemy, jako że brak dokumentów, które by się do niej odnosiły. Znając jednak ówczesne realia możemy się tylko domyślać, że skargę ową władze zignorowały.

Pomimo, iż w pierwszych latach swojego powojennego bytowania wojnicka jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej była jeszcze nieliczna (20 – 27 druhów) i borykała się z wieloma problemami dnia codziennego to członkowie jej podejmowali i inne jeszcze działania, również o charakterze kulturotwórczym.

Pierwszym z bardziej znaczących przedsięwzięć tego rodzaju było utworzenie „kółka artystycznego”, czyli strażakiego zespołu amatorskiego. Powstał on jesienią 1949 roku z inicjatywy Władysława Gajdy, który według słów Józefa Blachy”podczas odbywania służb wojskowej uczył się aktorstwa”.

Dodać wypada, iż dzięki niemu powstał też wówczas trzyosobowy chórek rewelersów w składzie: Józef Blacha, Franciszek Kurek i Julian Jawornik, uprzyjemniający widzom czas oczekiwania na przedstawienia i podczas antraktów.

Sceną dla owego strażackiego teatru była sala widowiskowo-kinowa dawnego „Sokoła”, w której występował raz w tygodniu przez dwa i pół roku swego istnienia, wystawiając różne przedstawienia, sztuki i wodewile.

A grali je nie tylko w Wojniczu, ale także Tarnowie i Brzesku – zawsze przy pełnej widowni. Tak było między innymi z przedstawieniem „Małżeństwo Zosi” i sztuką „Grube ryby” Michała Bałuckiego. W jakiś czas po zakończeniu działalności zespołu teatralnego zrodził się pomysł utworzenia strażackiej orkiestry dętej.

Do powstania jej doszło w 1954 roku z inicjatywy ówczesnego komendanta OSP Józefa Blachy, który wziął na siebie obowiązki jej opiekuna. Było to nawiązanie do dawnej wojnickiej tradycji tego rodzaju muzykowania. Wiedzieć bowiem trzeba, że orkiestra dęta istniała w Wojniczu już w dwudziestoleciu międzywojennym. Założona została przy tutejszym Cechu Wielkim, A grali w niej głównie rzemieślnicy, którym cech ufundował instrumenty oraz mundury.

Dobrze wyszkolona i zgrana, a przy tym okazale prezentująca się, brała udział we wszystkich obchodach świąt państwowych (3 Maja, 11 listopada), wojnickich i kościelnych.

Ale tuż przed drugą wojną światową wziął ją pod opiekę proboszcz wojnicki ksiądz Jan Rzepka. Odtąd aż do pierwszych lat niemieckiej okupacji funkcjonowała jako orkiestra kościelna.

Gdy zaprzestała działalności, część instrumentów pozostało na plebani, część zabrali do domów muzycy. Gdy po kilkunastu latach zdecydowano tworzyć ją na nowo, komendant Józef Blacha sam obchodził dawnych muzyków i zbierał je na powrót. Odzyskawszy część z nich postanowił pójść na plebanię po pozostałe.

„Do księdza dziekana w sprawie instrumentów poszliśmy w dwóch albo trzech – wspomina dzisiaj tamtą wizytę – powiedzieliśmy, że chcemy je od niego odkupić, on zaś na to, że są stare, poniszczone i niewiele warte, a pożytek z nich będzie żaden. Trwało to nieco, zanim żeśmy go przekonali, że jakoś sobie z nimi poradzimy. Od słowa do słowa dał je nam za darmo, tyle żeśmy wrzucili nieco grosza do skarbonki na kościół. A jak już wzięliśmy orkiestrę do straży, tośmy oddali do naprawy mocno sfatygowane stare trąbki, klarnety i bęben, dokupili kilka instrumentów, komplety nut dla każdego muzykanta i pulpity. Na mundury to muzykanci zarobili sami grając na zabawach tanecznych, chrzcinach i po weselach.”

Odtąd strażacka orkiestra dęta uświetniała graniem i swoja obecnością wszystkie uroczystości państwowe, kościelne, gromadzkie i organizacyjne. Zapraszano ją nawet do Tarnowa i Brzeska. A było tak przez blisko cztery lata. Kiedy jednak w roku 1957 organizator jej i opiekun pożegnał się ze strażą ustępując wcześniej z funkcji jej komendanta, jej los zaczynał stawać się niepewny, bo strażaków nie było stać na jej utrzymanie.

Aż w połowie marca 1958 roku zarząd OSP porozumiał się z zarządem wojnickiej Spółdzielni Stolarskiej „Trójniak” do sprzedania jej wszystkich instrumentów muzycznych i przejęcia przez nią muzyków. I tak to strażacka dotąd orkiestra dęta stała się zakładową. Tyle, że pracujący wówczas w Spółdzielni Józef Blacha, tak jak przedtem, pozostał jej opiekunem i kierownikiem.

Od samych początków powojennego okresu istnienia wojnickiej jednostki ochotniczej straży pożarnej, przez pięćdziesiąt lat członkowie jej borykali się z problemami lokalowymi. Przez wiele lat bowiem za remizę służył im wzniesiony około 1900 roku, a odziedziczony po przedwojennej straży budynek stojący na tyłach siedziby dawnej Gromadzkiej Rady Narodowej (obecnego Urzędu Gminy).

Była to właściwie stara szopa o szachulcowej konstrukcji ścian, wymagająca powtarzających się często napraw i remontów. Ich siedziba i świetlica znajdowały się w trzech pomieszczeniach jednego z budynków przyrynkowych, pamiętającego jeszcze przełom XVIII i XIX wieku. W czasach, gdy jednostka liczyła zaledwie 17 członków, a za cały sprzęt strażacki służyła zdezelowana, przedwojenna motopompa M 200 oraz drabiny i bosaki, to im jeszcze jakoś wystarczało. Ale gdy przyszło im organizować ważniejsze zebrania czy zabawy musieli korzystać z innych pomieszczeń: sali posiedzeń Gromadzkiej Rady, z sal dawnego „Sokoła”, a nawet Komitetu Gromadzkiego PZPR.

Po kupieniu zaś w roku 1950 samochodu Citroen i podwozia do motopompy, wybudowali przy owej remizie niewielki garaż. Wprawdzie już w roku 1954 prezes OSP Władysław Setlak wystąpił z wnioskiem, aby podjąć budowę nowej remizy, ale pozostali członkowie zarządu sprawę tę odłożyli na później, czyli, jak to się mówi: „ad calendas grecas”.

Sytuacja lokalowa strażaków uległa znacznej poprawie dopiero gdy jesienią 1958 roku dostali zgodę Powiatowej Rady Narodowej w Brzesku by na remizę zajęli pomieszczenia magazynowe w budynku dawnej żydowskiej bożnicy przy ulicy Długiej 61, użytkowane do tej pory przez Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska” jako magazyn nawozów sztucznych.

Jednak zaraz potem okazało się, że półtora roku wcześniej cały ten obiekt powiatowa Komisja Ziemska w Brzesku i jej wojewódzki odpowiednik w Krakowie przekazał na własność mieszkającemu w Tarnowie repatriantowi ze Związku Radzieckiego jako rekompensatę za pozostawioną we Lwowie nieruchomość. A trzeba wiedzieć, iż ów Kazkiewicz był rodowitym wojniczaninem. W wieku siedemnastu lat wstąpił do Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego i brał udział w słynnej bitwie gorlickiej 1914 i 1915 roku. W roku 1920 zaś, już w stopniu porucznika, uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości osiadł wraz z żoną Alicją, córką posła na sejm z ziemi tarnowskiej Jędrzeja Bryla, we Lwowie.

Z tego nadania strażakom w użytkowanie części bożnicy wynikła niezgorsza, trwająca kilka lat awantura, jako że dokonane zostało z pogwałceniem prawa i naruszeniem własności Kazkiewiczów. Bo, gdy dwa lata później decyzję krakowskiej Komisji Ziemskiej potwierdził Minister Rolnictwa, zaczęły się odwołania: Kazkiewiczowie słali pisma do Ministerstwa Rolnictwa w sprawie wyeksmitowania strażaków z bożnicy i skierowali sprawę do sądu, uzyskując pozytywny dla siebie wyrok, strażacy zaś do tegoż ministerstwa, do Wojewódzkiej Rady Narodowej i Wojewódzkiej Komendy Straży Pożarnej w Krakowie, Rady Państwa, a nawet pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, o odebranie jej Kazkiewiczowi.

W rezultacie Stefan Kazkiewicz pozostał przy swoim prawie do niej i zaraz potem, w 1960 roku zażądał aby strażacy ją opuścili.
W związku z tym w listopadzie tegoż roku zarząd OSP spisał umowę z Władysławem Setlakiem w sprawie nieodpłatnego udostępnienia przez niego lokalu w jego domu przy Rynku na strażacką świetlicę na tak długo jak to będzie konieczne.

Strażacki Chevrolet natomiast i cały sprzęt gaśniczy, jaki był dotąd w bożnicy nadal w niej pozostawał. Sprawa praw do bożnicy uregulowana została dopiero na przełomie 1963 i 1964 roku. W wyniku porozumienia wszystkich zainteresowanych tron: w zamian za inny budynek w Wojniczu Kazkiweicz zrzekł się jej na rzecz skarbu państwa, a ten za pośrednictwem Państwowego Funduszu Ziemi przekazał ją w użytkowanie wojnickiej jednostce OSP.

Zanim jednak do takiego rozstrzygnięcia doszło strażacy zdążyli zwątpić w to czy kiedykolwiek uda im się zatrzymać bożnicę i przysto- sować ją do swoich potrzeb. Dlatego podczas zebrania wiejskiego, pierwszego kwietnia 1962 roku prezes OSP Władysław Setlak występując w ich imieniu zgłosił wniosek pod adresem władz gromadzkich by te przydzieliły im pięćdziesięcioarową działkę przy ulicy Krakowskiej pod zupełnie nową remizę, którą zobowiązali się zbudować. Jednak pomimo, iż wniosek ów spotkał się z pełną aprobatą zebranych nie nadano sprawie dalszego biegu i szybko o niej zapomniano.

Przekazanie strażakom w użytkowanie bożnicy nie oznaczało końca ich kłopotów. Bo chociaż mieli w niej od dawna swój garaż i magazyn sprzętu pożarniczego o łącznej powierzchni ponad sześćdziesiąt metrów kwadratowych, to przecież w drugiej jej części były mieszkania, które zajmowały dwie wielodzietne rodziny. A to, że o inne mieszkania na terenie Wojnicza było trudno, po raz drugi zwątpili, iż zdołają przejąć cały obiekt.

Podobne wątpliwości nurtowały też niemal wszystkich wojniczan, toteż w roku 1968, na jednym z wiejskich zebrań, podjęli uchwałę o wydzieleniu z gruntów wiejskiej wspólnoty gruntowej działki o powierzchni jednego hektara pod budowę remizy. Na tym samym zebraniu ukonstytuował się też społeczny komitet jej budowy, w skład którego weszli: Stanisław Talaczek – przewodniczący Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Wojniczu, Jan Grochala – przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Brzesku, Zdzisław Opioła – główny księgowy wojnickiej Spółdzielni „Mebloartyzm”, Sylwiusz Janicki – prezes Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, Stefan Kura – zastępca naczelnika OSP w Wojniczu oraz Józef Macheta, Wacław Kulikowski i Tadeusz Sygnarowicz.

Jednak i ta inicjatywa zwiędła w zapomnieniu. Dopiero dziesięć lat później, gdy dotychczasowi mieszkańcy bożnicy przenieśli się z niej do nowych mieszkań mogli druhowie podjąć decyzję co do dalszych jej losów. A że był to obiekt niespełna pięćdziesięcioletni, parterowy, w bardzo złym stanie technicznym władze gminy, w których gestii pozostawał postanowiły, że zostanie roze- brana, a na jej miejscu wzniesiona będzie nowoczesna, a przy tym znacznie większa remiza strażacka. Tak też się stało.

Wtedy to zawiązał się kolejny, trzeci już i ostatni społeczny komitet jej budowy, w skład którego weszli między innymi: Stanisław Dziepak, Tadeusz Kurnik, S. Kołodziej, M. Wojtasik, Stanisław Hebda, S. Janicki, T. Kluska, J. Łopatka, Stanisław Jarosz, Andrzej Krupski, Jan Banaś, Zygmunt Mleczko, K. Sowa, Sta- nisław Szefer i P. Zielinski.

Wstępne prace przygotowawcze związane z budową nowej remizy podjęto już w roku 1988. Rozpoczęła je rozbiórka starego obiektu, której dokonali sami druhowie. Zaraz potem Urząd Gminy zlecił Wojewódzkiemu Biuru Projektów w Tarnowie opracowanie dla niej dokumentacji technicznej i wraz ze społecznym komitetem rozpoczął gromadzenie środków finansowych na ten cel. A gdy projekt remizy był już niemal gotów, zaś pieniądze na nią zebrane dnia 8 grudnia 1988 roku w Urzędzie Gminy doszło do podpisania porozumienia w sprawie realizacji inwestycji i sposobu jej rozliczenia.

Stronę zamawiającą, którą był Urząd Gminy, Społeczny Komitet Budowy Remizy i OSP reprezentowali: Stanisław Dziepak, Andrzej Krupski i Zygmunt Mleczko. Drugą stroną porozumienia był Stanisław Gurgul z Porąbki Uszewskiej jako generalny wykonawca. Kilka miesięcy później, dokładnie pierwszego sierpnia 1989 roku wydana została decyzja o rozpoczęciu prac budowlanych, których część kosztorysową według ówczesnych cen określono na 459 milionów 220 tysięcy złotych.

Właściwe prace budowlane przy wznoszeniu nowej remizy podjęte zostały we wrześniu 1989 roku. I było to niewątpliwie jedno z najdonioślejszych wydarzeń w powojennej historii nie tylko ochotniczej straży pożarnej, ale także Wojnicza. Nic więc zatem dziwnego, że gdy zaraz potem Zbiginiew Nosek wójt gminy Wojnicz, w imieniu jej Zarządu i Andrzej Krupski z ramienia Społecznego Komitetu Budowy remizy wystąpili do mieszkańców o udział w jej budowie, bardzo wielu nie tylko dokonało wpłat pieniężnych, na ten cel, ale także uczestniczyło czynnie w pracach budowlanych „zaliczając” łącznie 2169 godzin. Z nich najwięcej przepracowali ich: Tadeusz Kurnik 217, Andrzej Krupski 190, Stanisław Dziepak 121 i Stanisław Jarosz 112.

Budowa remizy trwała niespełna pięć lat. Gdy 15 maja 1994 roku nastąpiło jej poświęcenie i uroczyste oddanie do użytku oczom zaproszonych gości ukazał się stojący u wlotu ulicy Długiej do Warszawskiej piętrowy, starannie wykończony budynek o kubaturze blisko pięć tysięcy metrów sześciennych, na frontonie którego umieszczony został napis „DOM GRODZKI” (pomysł Andrzeja Krupskiego). Zgodnie z określonym wcześniej programem funkcjonalnym zaprojektowany został przez inż. L. Goraczyńską (architektura) i inż. H. Kozioła (konstrukcja) jako obiekt wielofunkcyjny.

Na tysiącu dwustu dwudziestu metrach kwadratowych powierzchni użytkowej pomieszczony został bowiem nie tylko przestronny garaż z trzema stanowiskami na duże strażackie samochody bojowe, magazyn sprzętu strażackiego, oraz pomieszczenia socjalne i sanitarne dla strażaków, ale także wielka sala konferencyjno-widowiskowa oraz kilkanaście mniejszych pomieszczeń.

Toteż obecnie współużytkownikami „Domu Grodzkiego” są także: Gminny Ośrodek Kultury, prowa- dzący tu pracownię fotograficzną i plastyczną realizując inne formy działalności artystycznej młodzieży, Gminna Biblioteka Publiczna, Poradnia Wychowawco-Pedagogiczna i centrala telefoniczna Telekomunikacji Polskiej.

Ponadto z pomieszczeń jego korzysta pozostająca pod opieką Urzędu Gminy orkiestra dęta, Bractwo Rycerskie Kasztelanii Wojnickiej oraz trzy kluby: gier książkowych, Kung-Fu i tańca towarzyskiego.

Przez całe dziesięciolecia jednym z głównych problemów wojnickich strażaków był brak wystarczającej ilości dobrej jakości wyposażenia strażackiego. Jeszcze na kilka lat przed drugą wojną światową mieli do dyspozycji jedynie wyposażenie osobiste każdego z nich: toporki i wiaderka. Natomiast wyposażenie całej jednostki stanowiły drabiny i czterokołowa, konna sikawka ręczna osiągnięcie techniki z przełomu XIX i XX wieku, której towarzyszył beczkowóz o pojemności 1200 litrów.

Dopiero około 1936 roku Zarząd Gromady ufundował im pompę motorową M-200. Ale już konie do „wozów bojowych” pożyczać musieli od wojnickich gospodarzy.

Podobnie rzecz się miała ze sprzętem gaśniczym w pierwszych latach powojennego okresu działania OSP. Bardziej mobilni stali się nasi strażacy dopiero po tym jak w 1951 roku kupili pierwszy swój samochód mocno przechodzony półtoratonowy „Citroen”, który przysposobili do swoich potrzeb. Z uwagi na to, że bardzo często wzywani byli do pożarów poza Wojnicz, nie tylko do sąsiednich wsi, ale także do Zakliczyna, Wierzchosławic czy Dębna, w roku 1957 wysłużony „Citroen” zastąpili większą ciężarówką marki „Chevrolet”, kupioną przez nich z inicjatywy ówczesnego prezesa OSP Władysława Setlaka.

Ale samochodem prawdziwie strażackim, jaki mieli wojniccy strażacy – był dopiero pożarniczy STAR 25 typ SBM wartości 224 tysiące zł., przydzielony im przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych we wrześniu 1965 roku. Wspomnieć wypada, iż uzyskali go dzięki poparciu ich starań przez ambasadora i ministra, wojniczanina z urodzenia Ropczyńskiego.

Oprócz owego „Stara” mieli już wtedy nowoczesną motopompę M-800 „Leopolita” na podwoziu, dwie prądownice, drabinę Szczerbskiego i 350 metrów bieżących węża tłocznego z trójnikami, później zaś dwie motopompy „Polonia” i „Silesia”. W tym czasie jednostka liczyła 25 czynnych strażaków i 24 członków wspierających. Dzięki temu wzrosły w dwójnasób możliwości jej działania. Zdarzało się, że w niektórych latach wojniccy strażacy uczestniczyli nawet w stu różnych akcjach gaśniczych i ratowniczych na terenie swojej gminy i gmin ościennych.

A wyjeżdżali też do Zakładów Azotowych w Tarnowie-Mościcach, do Tuchowa i Brzeska. Uczestniczyli także w akcjach przeciwpowodziowych i zabezpieczaniu zbiorów rolników podczas suszy. Bywało, że jednego dnia trzykrotnie wyryszali do akcji. Oprócz tego przeprowadzali własne ćwiczenia sprawnościowe i uczestniczyli w rejonowych i okręgowych ćwiczeniach, zawodach oraz pokazach.

Brali udział we wszystkich uroczystościach z okazji świąt państwowych, gminnych i kościelnych. Przyczyniło się do wzrostu popularności i nieustannego powiększania się szeregów, które coraz liczniej zasilała męska i żeńska młodzież, tworząca od 1969 roku drużyny młodzieżowe. Dość powiedzieć , iż w roku 1980 wojnicka jednostka OSP liczyła już 45 członków czynnych, dziesięciu członków wspierających i jedenastu członków drużyn młodzieżowych.

Najbardziej znaczące zmiany sytuacji wojnickiej OSP zaszły w ostatnim dziesięcioleciu jej istnienia. Wszak w tym właśnie okresie, w dniu 15 maja 1994 roku, oddano do użytku nową remizę „Dom Grodzki”.

Ponadto strażacy otrzymali dwa nowoczesne samochody pożarnicze: JELCZ 10R i ratowniczy MERCEDES 911. To, jak i niewątpliwy ich profesjonalizm sprawiło, że cała jednostka jako jedna z kilku zaledwie z całego ówczesnego województwa tarnowskiego w roku 1997 włączona została do Krajowego Systemu Ratowniczo – Gaśniczego.

Z uwagi na usytuowanie Wojnicza przy międzynarodowej drodze E-44 i bliskość Zakładów Azotowych już w roku 1990 władze gminy i zarząd OSP podjęły starania o pozyskanie sprzętu i środków umożliwiających wojnickiej jednostce OSP prowadzenie akcji z zakresu ratownictwa chemicznego i drogowego.

Trzy lata później Komenda Wojewódzka Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu przekazała potężny ośmiotonowy samochód pożarniczy Mercedes SRT z dziewięćsetlitrowym zbiornikiem na wodę oraz zbiornikiem na pianę gaśniczą. Na jego wyposażenie składa się również: agregat prądotwórczy o mocy 15 kW, wyciągarka o udźwigu czterech ton i zestaw ratowniczy nożyco – rozpieraków firmy „Holmatro”, do ratowania poszkodowanych w wypadkach samochodowych.

W związku z tym, że przekazanie jego doszło do skutku dzięki przychylności Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej generała Feliksa Deli, strażacy ochrzcili go imieniem: Feliks I.

Ostatnim znaczącym nabytkiem wojnickiej jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej był fabrycznie nowy, nowoczesny, specjalistyczny samochód gaśniczy marki „Jelcz” typ 0-10-R, wyposażony w pełny zestaw ratownictwa drogowego „holmatro-kombi”, a także zbiornik wody o pojemności 5000 l i autopompę austriackiej firmy „Rosenbauer”. Kupiony on został przez naszych strażaków ze środków finansowych Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. A stało się to w 1995 roku za sprawą ówczesnego komendanta wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej brygadiera Władysława Janika.

W związku z tym, iż brygadierowi Janikowi wojnicka OSP zawdzięcza nie tylko możliwość zakupu „Jelcza”, ale także włączenie go do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego przypomnieć wypada, iż jest t on rodowitym wojniczaninem, absolwentem Wyższej Szkoły Oficerów Pożarnictwa i Akademii Ekonomicznej w Katowicach oraz byłym doradcą komendanta głównego PSP Feliksa Deli i komendantem wojewódzkim PSP w Tarnowie.